BYĆ SZCZĘŚLIWYM BEZ POWODU

Z Iwoną Zajfryd, uzdrowicielką, szeptunką i autorką książki „Śladami szeptów” rozmawia Włodzimierz Adam Osiński.

- Otrzymałaś stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na napisanie reportażu o podlaskich szeptuchach. Skąd u ciebie zainteresowanie takim tematem?
- Zawsze czułam, że świat, w którym żyłam, nie był moim światem, coś mnie w nim uwierało, mierziło. Intuicyjnie przeczuwałam, a nawet byłam o tym przekonana, że istnieje inne życie. Podświadomie szukałam tego innego świata i znalazłam go na Podlasiu wśród szeptuch. Ten wschodni kraniec Polski ukazał mi się, jako miejsce niesamowitego spokoju i baśniowej egzystencji, w którym ludzie żyją i pracują, nawet ciężko, zgodnie z odwiecznymi rytmami natury. Składając internetowy wniosek o stypendium ministerialne wypełniałam go z niezwykłą lekkością. Wypuściłam myśl swojego zainteresowania bez jakiegokolwiek ciśnienia wiedząc jedynie, że chcę napisać tekst o podlaskich szeptuchach. Trzy miesiące później otrzymałam informację o przyznaniu stypendium w literaturze na stworzenie reportażu. Wkrótce zorientowałam się, że moje myśli zaczęły wyjątkowo intensywnie realizować się także w innych aspektach mojego życia. Wystarczyło, że odpuściłam i nie dążyłam do niczego na siłę, żeby wszechświat zaczął spełniać moje prośby.

- Ale dlaczego wybrałaś właśnie szeptuchy?
- Zawsze lubiłam starsze panie i wprost lgnęłam do staruszek. Sama miałam cudowną babcię Lodzię, która była najjaśniejszym światełkiem mojego dzieciństwa. Starsi ludzie mają w sobie mądrość życiową, albo przynajmniej chcemy, żeby tak było. Mądrość niestety nie jest obowiązkowym elementem podeszłego wieku i wynika raczej ze sposobu postrzegania świata, wyciągania wniosków oraz dostrzegania tego, czego nie widzą inni ludzie. Szeptuchy w Polsce to obecnie zazwyczaj starsze osoby, w wieku od około osiemdziesięciu do stu lat. Kiedy zaczęłam głębiej zajmować się tym tematem zrozumiałam, że nie są to zwyczajne uzdrowicielki ludowe, ale pośredniczki między energią wysoką, a energią człowieka będącego na ziemi. Mam nawet wrażenie, że same szeptuchy nie zawsze zdają sobie z tego sprawę. Potocznie mylone są z wróżkami lub zielarkami choć zdarza się, że w swojej pracy wykorzystują elementy medycyny ludowej. Zazwyczaj są to kobiety lub mężczyźni, którzy żyją normalnie w domach z rodzinami i zajmują się swoimi gospodarstwami. Podczas odprawiania rytuałów szeptuchy modlą się w myślach, na głos lub szepczą. Szepty mogą być wypowiadane w języku polskim, ukraińskim, białoruskim lub w gwarze podlaskiej. Najczęściej szeptucha potrzebuje dwóch lub trzech rytuałów a nieraz regularnego powtarzania modlitw, żeby jej klient mógł cieszyć się lepszym zdrowiem lub samopoczuciem. Kiedy ktoś odwiedza szeptuchę bez jakiegoś ważnego powodu, kierując się jedynie ciekawością lub kaprysem musi liczyć się z tym, że może zostać odprawiony z kwitkiem.

- Jak zostaje się szeptuchą?
- To pewien proces wewnętrznej przemiany energetycznej trwający dłuższy czas. Szeptuchą nie zostaje się z dnia na dzień i nie ma na to żadnych kursów ponieważ bez otwartej świadomości i umiejętności poruszania się w świecie energetycznym oraz wyjątkowego kontaktu z najdoskonalszą mocą jest to zwyczajnie niemożliwe.
Sam proces wewnętrznej przemiany oparty jest na zmianie wibracji, opuszczeniu przestrzeni lęku i wejściu w przestrzeń serca, czyli obszar o wyższych częstotliwościach. Kiedy uzyskujemy w sobie spokój i harmonię pojawia się uczucie, które wiele osób określa mianem lekkości życia. Od tej chwili wszystkie sprawy życiowe załatwiane są z lekkością. Dzieje się tak, ponieważ przyciągamy taką energię, jaką sami jesteśmy i jaką wibrujemy. Jeżeli żyjemy w bólu duchowym, to przyciągamy do siebie nisko wibrujące osoby i sytuacje, które sprawiają, że nasze życie staje się cierpieniem. W dodatku będziemy się zastanawiać, dlaczego innym, w domyśle tak zwanym luzakom, bez większego wysiłku, wszystko się udaje.
Podczas mojej przemiany obserwowałam jak podnosi się moja energetyka i zmienia się reakcja na różne sytuacje, jak uwalniam opór, przymus, lęk, potrzebę konieczności i chciejstwo. Coraz częściej stawałam na pozycji obserwatora i pozwalałam, aby wszystko płynęło we właściwym sobie rytmie i kierunku. Sprawy, które wcześniej nie miały szans na pozytywne zakończenie, rozwiązywały się z lekkością i to bez mojego większego zaangażowania. Pozytywne zmiany w moim życiu szybko zauważyli znajomi i poprosili, że też tak by chcieli. Zakładałam im na głowy jedwabne lub lniane chustki i odprawiałam rytuały odmawiając modlitwy, które, adekwatnie do intencji, same pojawiały się w moich myślach. A po ceremonii obserwowałam, jak znajomym zmieniał się wyraz twarzy, wzrok czy głos. Tak się zaczęła moja przygoda z szeptami. Wkrótce spotkałam swoją mentorkę, prawie stuletnią kobietę, która udzieliła mi swojego błogosławieństwa jednocześnie przestrzegając mnie przed byciem szeptunką. Los szeptuchy wcale nie jest łatwy, gdyż wymaga zachowania wewnętrznego spokoju i wyłączenia się z szybkiego życia nastawionego na bodźce zewnętrzne. Prawdziwa szeptucha to osoba zawsze przyjazna ludziom, dlatego nie należy się jej bać, gdyż nie zajmuje się rzucaniem klątw ani uroków. Ona je zdejmuje.

-Wspomniałaś o predyspozycjach wymaganych do pracy z szeptami. Jak to było u ciebie?
- Tematyką mentalna, holistyczną i energetyczną interesuję się już ponad trzydzieści lat. Całą wiedzę czerpie z życia opierając się na intuicji i własnym odczuwaniu. W międzyczasie okazało się, że moje ciało i dłonie  przesyłają energię, która potrafi poprawić komuś zdrowie i samopoczucie. W końcu, w moim życiu pojawiły się szeptuchy i napisałam reportaż. Wtedy też udało mi się zerwać z matriksem.
Nareszcie zaczęłam żyć swoje własne życie, w lekkości i przepływie. Obecnie czuję się doskonale. Jeżeli otrzymuję terminowe zadanie, to wykonuję je we własnym rytmie. Ze swojego słownika wyrugowałam takie słowa jak muszę. Gdy zaczynam odczuwać napięcie to natychmiast  zatrzymuję myśli, uspokajam oddech, rozluźniam ciało, odpuszczam sobie przymus i wszystko dzieje się tak, jak dziać się powinno.

- Czym dla ciebie jest matriks i jak z nim zerwałaś?
- Matriks jest światem fikcyjnym stworzonym przez człowieka na drodze cywilizacyjnego rozwoju. Sam człowiek jest elementem natury, natomiast w matriksie ten aspekt istnienia jest prawie zupełnie pomijany. Człowieka obowiązują prawa natury, natomiast w matriksie istnieją prawa stworzone i spisane przez ludzi. Jeżeli ktoś chce funkcjonować w strukturach matriksowych to musi postępować zgodnie z rządzącymi nimi schematami. Przebywanie w matriksie z jednoczesnym zachowaniem swojej przestrzeni i życie w zgodzie z naturą jest możliwe.
Mam wrażenie, że żyję poza tym układem, a do matriksa wchodzę tylko, od czasu do czasu, aby załatwić jakieś sprawy.
Ludzie generalnie postępują zgodnie z przyjętymi schematami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie. Idą do pracy, wysyłają dzieci do szkoły, a potem na studia mając nadzieję, że dostaną lekką i dobrze płatną pracę. To wszystko są matriksowe schematy. Robert Kiyosaki w swojej książce „Bogaty ojciec, biedny ojciec” wyjaśnia, że ludzie po studiach nie zawsze mają sielankowe życie.
Człowiek funkcjonujący tylko w oparciu o struktury matriksowe ma dużą trudność w osiąganiu radości wypływającej z jego wnętrza. Aby się cieszyć potrzebuje jakiegoś powodu. Nie słyszy potrzeb swojego serca, gdyż ma kompletnie zagłuszoną istotę swojej natury. Cywilizacja matriksowa daje nam życie w ciągłym poczuciu zagrożenia i gonitwie za rzeczami materialnymi, które nie przynoszą człowiekowi uczucia lekkości i dobrostanu czyli stanu, kiedy ktoś może być szczęśliwy bez powodu. W naturze jest zupełnie inaczej.
Osobiście, zawsze źle się czułam w matriksie, doświadczałam w nim nieprzyjemnych sytuacji, dużego obciążenia życiem oraz nadmiaru obowiązków, które wynikały z tego, że muszę coś zrobić, zgodnie z jakąś odgórnie narzuconą mi czyjąś wolą. Oczywiście są ludzie, którym taki rytm życia odpowiada – lubią aktywność ponad siły i stałą pogoń za dobrami materialnymi.
Pamiętajmy jednak, że istnieje też świat, którego nasze oczy nie widzą. Możemy żyć w rzeczywistości opartej na silnym odczuwaniu i intuicji. Nasza intuicja nie rozwinie się jeśli będziemy ją zagłuszać życiem w ciągłym przymusie i konieczności oraz z dala od naturalnego środowiska.
Nie mam tu na myśli obowiązków, które są niezbędne do życia, ale mówię o nadmiarze, czyli tym, co jest wysoce poza naszymi naturalnymi potrzebami lub zawodowym standardem, chodzi mi też o rzeczy kupowane wyłącznie na pokaz i często na kredyt. Decydujemy się przez wiele lat żyć w niezwykłym obciążeniu finansowym tylko dlatego, aby mieszkać w jeszcze większym domu, jeździć  jeszcze droższym samochodem czy pływać  jeszcze bardziej „wypasionym” jachtem. Te wszystkie przedmioty nie sprawią, że osiągniemy wewnętrzny spokój, ale że jeszcze bardziej zagłębimy się w schemacie posiadania, jak największej i wartościowej materii.
Prawdziwej, naturalnej wartości człowieka nie da się stworzyć przedmiotami, czynnikami i wydarzeniami pochodzącymi z zewnątrz. Ona wypływa z jego wnętrza, co jest drogą do luksusu w pełnym wymiarze.
Podobną sytuację mamy z szukaniem miłości. Mało kto zdaje sobie sprawę, czym naprawdę jest to uczucie, gdyż rozpoznajemy je głównie po objawach, które pochodzą z zewnątrz. Schemat tłumaczy nam, jak powinna zachowywać się zakochana kobieta i co powinien robić kochający mężczyzna. Gonimy za schematem, zapominając o kochaniu siebie i życiu własnego życia i zapewniam, że to nie ma nic wspólnego z egoizmem czy egocentryzmem. Matriksowa „miłość” zabija w nas czystą, naturalną radość.

- Jakim życiem powinniśmy więc żyć?
- Na pewno nie takim, w jakie wtłaczają nas schematy. To nie system powinien nas prowadzić, ale nasza wewnętrzna intuicja. Zbyt często spełniamy oczekiwania innych: rodziców, nauczycieli, pracodawców. To oni nadają ton naszemu życiu. Mówi się, że w pierwszej połowie naszego życia, żyjemy pod dyktando rodziców, a w drugiej dla naszych dzieci. Brakuje miejsca dla siebie i własnej przestrzeni, w której żyjemy własne życie. Wiem z doświadczenia, że wszystkie niepowodzenia i niezadowolenie z życia wynikają z tego, że jesteśmy w niskich wibracjach. Postanowiłam to zmienić i wejść na wyższe wibracje odpowiadające częstotliwości serca. Zrobiłam medytację według własnego pomysłu, podczas której uwolniłam z siebie lęk. Następnego dnia, po raz pierwszy w życiu, przebudziłam się w stanie totalnej radości i spokoju.
Kiedy doświadczyłam tego na sobie zaczęłam pomagać znajomym uwalniając ich z lęku. W przeciwieństwie do strachu, który ma swoją przyczynę i może być czynnikiem motywującym nasze działania, lęk nie posiada racjonalnej przyczyny, co sprawia, że jego oddziaływanie jest wyłącznie destrukcyjne i hamujące rozwój ludzkiej świadomości. Dlatego tak ważne jest uwolnienie się z tego stanu i funkcjonowanie na poziomie serca. Życie bez lęku jest o wiele przyjemniejsze i prowadzi nas ku radości.

 

- Dziękuję Pani za rozmowę.
- Dziękuję.

Tekst zamieszczony w miesięczniku "Czwarty Wymiar" w numerze 08/2022.

iwona.Zaj..w.prawo.male.jpg

IWONA ZAJFRYD
Uzdrowicielka, szeptunka, pisarka, autorka książki-reportażu „Śladami szeptów” napisanego w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w literaturze. Twórczyni interaktywnego warsztatu mentalnego „W fali Serca”. Numerologiczna 33-a, urodzona w czerwcu, w dniu, kiedy Słońce góruje w zenicie nad zwrotnikiem Raka. Według chińskiego horoskopu jest pod opieką Yin i Yang. Tematyką mentalną zajmuje się od ponad trzydziestu lat. Prowadzi zajęcia warsztatowe i sesje indywidualne.